|
|
niedziela, 18 lipca 2010
Upalny film
Ma być tak jak w filmie. Stanęłam w oknie i kamera poszła!
Upał. Upał. Skwar. Rower. Ona wjeżdża pod górkę. On z psem w trawie.
Rozmawiają. Ona coś pokazuje. On się śmieję. Teraz ona rozchichotana.
Żegnają się. A nie, idzie z nią do skrzyżowania.
Żegnają się. A nie. Idą w jednym kierunku. Tak dobrze im się rozmawia?
Może polubiła jego psa, a może on jej rower?
Kupują piwo. Potem następne. Wciąż mają tematy do rozmów. Hipotetycznie mogą obgadywać starych znajomych, mogą się podrywać na wzajem, pewnie rzeczywistość jest bardziej prozaiczna, potrzebowali nawzajem przyjemnego towarzysza do picia. On wciąga tabakę, ona odpala kolejnego papierosa. Nikotyniarze. Jest już coraz ciemniej. Czy ich rozmowa zainteresowałaby kogokolwiek prócz mnie, czy to nadaje się na film?
Weszli do jego domu i włączyli telewizor.
niedziela, 22 listopada 2009
Puentylizm miejski
Nie warto ignorować spotkań rady mieszkańców kamienicy.
Nieobecni nie mają racji.
Nieobecni dostają, wyglądając przez okno, serca palpitacji.
Ale polećmy z tym serca żalem od początku.
Budynek się sypie; dziurą w podłodze balkonu ostatnio wyleciało dziecko. Urząd Miasta bezradnie rozkłada ręce. Konserwator biorąc długopis, jak mikrofon, w rękę:
To nie zabytek, to socprzeżytek.
Znikąd pomocy, a tynk się sypie.
Jednak rzeźnikowi spod 4 zapala się żarówka:
moja masarnia szuka reklamy nowych przestrzeni
może po zawieszeniu baneru los naszych ścian sie odmieni?
Motyw przewieszenia ogromnej siatki z wizerunkiem wesołej świnii przez całą elewację spotkał się gigantycznym entuzjazmem społeczności.
To nic, że wszystkie okna prosiak zasłania
ma on nam na remont pieniadze do oddania!
Cóż że umowę na 5 lat ktos spisał,
najwyżej balkon będzie na poręczy wisiał.
Teraz proszę o chwilę nieuwagi. Będzie patetycznie.
Wygladając przez okno rozpościera się przede mną gęsto zapunktowany krajobraz, w neoimpresjonistyczny ton uderzam. Ta-ram! To nie tramwaj to czerwony li tylko obłok!
Dupa. Nic nie widzę, bo moje okienko, akurat wpasowało w błoto, w którym ten uroczy merketingowy świaniak się tapla.
środa, 15 lipca 2009
Limos, głupcze!
Jak się siedzi na parapecie od 9 roku życia (wcześniej był przygotowania do komunii), to ciało stopniowo zbliża się do kształtu litery L. Miejsce zgięcia przypada w okolicach żołądka i wątroby. Ciągły ucisk sprawia, że w zasadzie przestajesz czuć głód, oczywiście do momentu wyprostowania. Dlatego ja siedzę. Na witrynie się mizdrzę, więc jakąś prezencję mieć muszę. Dlatego krew mnie zalewała, jak widziałam pannę ze strychu pożerająca lodówkę wraz z grzałkami i wyglądającą przy tym jakby roznosiła drinki z palemkami na festiwalu w Sanremo.
Wszystko do czasu, moje Złotka.
Jako że kamienicę budował jakiś etatowy wojerysta, mogę spokojnie przez okienko dostrzec, jakie swawole i ogólne obrzydliwości mają miejsce w toalecie.
To teraz polecimy standardem! - krzyczy ze sceny Zbigniew Wodecki
Oczywiście. Po uczcie idzie do swojego vomitorium, gdzie panna wszystko wymiotuje. Żołądkiem pustym się obnosi po podwórku. Kolekcję zębów wyżartych przez kwas żołądkowy trzyma w puzderku na biurku. Słodkie skarby nastolatki.
Typ perfekcjonistki. Jak zjada opakowanie orzeszków potrójnie solonych w panierce, to opakowanie chowa pod biurko albo jak jakaś kloszardzina pali to w metalowym wiadrze i swąd dochodzi aż do moich okien. Rozumiem dziewczyno, że masz neurotyczne problemy, ale już daj spokój, oszczędź środowisko i nie psuj mi smaku wiśniówki.
sobota, 06 czerwca 2009
O miłości do ojczyzny.
To obrzydliwe. Obleśne. Rzygu-rzyg. Szkaradne to to i spać mi nie daje. Zaczęło. Powoli, ospale, ale za chwilę sieknie i na podłodze krzyżem leżeć będę. Sezon ogórkowy. Działki, kolonie, romanse, letnie uboje. Z domu wychodzą i nie wracają, a ja czekam, w okienka spoglądam,a tam tylko parch z trzeciego w nosie dłubie. Oczywiście czynność to szlachetna i katharsis przynosi, ale co dramat mam wypocić? Kiedy już rozkminiam osobowość głównego bohatera, to mi się przypomina, że tacy faceci z Anglii o facecie z palcem w nosie kiedyś coś napisali. Nawet byli zabawni. dość. Podobno stowarzyszenie podglądaczy powiatowych organizuje wciąż piątkowe spotkania przy szkle. Pójdę. Jakieś nowe kontakty. Biznes. Inspiracje. Przychodzę, a tam bieda. Wszyscy bez skarpetek. Rozumiem, nie ma czasu na włączenie pralki, jak się piorą za oknem. Smętni są, a ja z nimi. Rozmowy o istocie dyskrecji w naszym zawodzie. Studia przypadków. Metody leczenia. Tak, wsadź im swoją lornetkę w oko. Jeden tylko miły pan uznał, że to dyrdymały i wstęp do debilizmu. Zaklaskałam mu. Jeden mądry się znalazł, to warto w pupcię mu wejść, żeby na mnie ta łaska spłynęła. Wracam już. Nocny zwiał, to na piechotę. Auta, las, tesco. Łączę się z kosmosem. Ładuje moje czakramy energią z kebaba. Już blisko, czuję ten swąd. To moje miejsce. Na obcasach jestem, więc rytualnie wypierdalam się na chodnik, pokłon składając mojej mekce.
To cudowne słowo. Pieszczotliwie zwracaj się tak do mnie mój jedyny.
Cieć.
Tutaj siedź.
Chcę cię mieć.
Kamieniczne centrum dowodzenia na jego nogach, na beczce prostowanych, stojące. Legenda. Ledwo żywa.
Widzę kolejne zmarszczki na wysokim czole, woda codziennie wyciskana z aloesu w doniczce już nie pomoże. Znowu pewnie jakiś chuj obraził mego kamienicznego boga nadaremno. Niech ci wsza w ucho wejdzie, śmiertelniku.
On jest ponad. Orgastyczny stan mi fundując każdego dnia. Kiedy pluje, idzie, biegnie, nie on nie biegnie, bo on wiedział już przed Stingiem: a gentleman will walk but never run.
Przycina gałązki drzew, a mnie ze szczęścia rośnie szczecina. Podlewa trawę, a ja wystawiam swoje nędzne popłuczyny biustu i udaje, że robię sobie budyń.
Dzień dobry nikomu nie mówi, bo nie jest taki kwadratowy. Będę jego kołem. Nawet piątym.
A gdy zadymka śnieżna on tą łopatą w powietrzu fantazyjnie macha i nowy lepszy świat tworzy.
Nie trudź się, mówię do siebie. On już ma swoją donnę, rura to wybitna- przepuszcza przez siebie wszystko. Wiaderka za nim nosi, wyjałowioną trawę zagrabi, a i on w przelocie wodą z węża ją popryska, więc symbioza jest.
A ty siedź w oknie, siedź. Czasami coś zjedz.
czwartek, 12 lutego 2009
To nie jest tak, że im żadna myśl z worka metafizyki do głowy nie przyjdzie.Ależ przyjdzie, postoi i wyjdzie.
W czyśćcu na pewno śmierdzi grzybem
jak w miejskiej łaźni. Prysznice tam pewnie są zardzewiałe, nikt
nie sprząta, bo wszyscy grzechy z siebie zmywają, ale takie lekkie,
niezauważalne wręcz życiowe psoty. Żeby trafić do czyśćca
trzeba być trochę nijakim. I dlatego wszyscy tam trafią: moja eks,
moja matka, bracia, siostry zakonne, ta ładna kuzynka też,
sklepikarka, cieć.
Tylko nie ja. Już moja w tym głowa.
Mam już dość swojej spleśniałej łazienki, ja nie chcę z
deszczu pod rynnę. Aby obniżyć swoje szanse zostania czyściochem,
trzeba zastosować konkretną
strategię. Wiadomo, że czynienie dobra nie daje stuprocentowej
pewności ominięcia tej boskiej myjni. Zawsze się o coś potkniesz
i bilans jest taki, że choć grzeczny i lojalny byłeś, to
okazuje się, że nie zdążyłeś spłacić kredytu na mikrofalę.
Grzeszek to malutki, ale do czyśćca jak znalazł. I choć
mikrofalówka to zło w najczystszej postaci, bo przecież te fale
ultrakiller wysyła,
to już sędziów na wysokościach nie obchodzi. Skoro nie chcą
redukcji etatów, to muszą utrzymać stała liczbę czyściochów.
Ale
takie zło, to już jest inna estetyka, to już może być high
class. Tylko zapału mi brak do
psucia i obijania mord bliźnim. Wypadałoby konsekwentnie linie
proste czynić łamanymi. To już sztuka, a ja tylko skromnym
rzemieślnikiem jestem.
Decyzja zapadła.-
idź się umyć.
wtorek, 20 stycznia 2009
Audio albo dolby surround
To nie jest tak, że ja tylko oko swoje sokole mam za przewodnika po tym łez padole, ucho też ma się dobrze. Miodem nie zapchane, czuwa dniem i nocą, żeby tylko jego pani miała w zanadrzu zawsze zawsze jakąś osobliwą opowieść z okolicznych kamienic i tętniących życiem komórek.
Dobre uszko. Dobre.
Pani spała, a uszko takie jęki usłyszało:
Panie, wiem, że jak trwoga, to kup sobie hot-doga, ale miej
ty litośc nade mną. W swojej łasce najświętszej wyzwól mnie z tego mułu
przeklętego, co całe mieszkanie w nim tonie i meble w kolorze venge
zapaskudziło. Więc i żywot mój sponiewierany jest na wieki wieków. Na kolanach do Częstochowy
pójdę, tylko ześlij cierpienie przeogromne na mnie i gromy, i nudę tę, co
wypełnia mnie po brzegi zabierz i swoim świętym sprzedaj po okazyjnej cenie, a
ze mną się nie dziel, bo ja pieniądzę
mam w dupie. Ale żyć daj i papierosy zabierz, bo z nimi nudniej jakoś tak
mocniej i dosadniej. Chorobę ześlij i męczennicą uczyń, na wszystko jam
gotowa, choć służebnicą twą nie jestem, to liczę na protekcję w tej sprawie.
Amen.
środa, 07 stycznia 2009
do siego
Moja ulica to enklawa domatorów. Tu nie docierają hasła typu: Baw się w Sylwestra z Rynkowskim w OBI czy Poczuj jak cholernie picno może być 31 grudnia w Sokolnikach. Wynajmij daczę już dziś.
Tu się nikt nie wypuszcza w wielki świat. Wszyscy rzygają w granicach swoje M-3. Chociaż oni dają upust pracownikom służb porządkowych. Litościwe te moje dzieci gorszego boga. Jak prać (brudy), to ręcznie (i swoim domu). Nauka z domu wyniesiona zawsze wywyższona. Jak oni, to ja też. Rozrywka na najwyższym poziomie, a jak mi się znudzą, to zaproszę do siebie jakiegoś młodego rzeźnika. Porzucamy się mięsem.
Klękajcie narody. Pan jest dziś łaskawy. Wszystkie okna odsłonięte, no prócz kanciapy gospodarza, ale wiem akurat, że wybrał się z żoną na międzynarodowy zjazd cieciów. Kiedy indziej go przytulimy do serca.
Repertuar, więc mamy bogaty. Multikino kamieniczne. Klimatyzacji brak, ale to FAREL dupę grzeje i nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać rozwój wydarzeń. Stałam w oknie dwie godziny.
Siedzą, piją, lulki palą. Wszystko zajebiście, tylko nawet już mnie, starego weterana walk o wolność podglądaczy, to wszystko zaczęło nużyć. Sitzkrieg już nie podnieca tak jak dawniej. Oczywiście nadal mogę siedzieć w okopach cały dzień, żeby tylko zobaczyć jak córka podpiernicza matce złotego/pozłacanego jelenia na rykowisku, którego sama jej kupiła, a teraz sprzedaje, bo nie ma na solarium. Ja to wszystko zniosę. Mnie się to wszystko bardzo jak zwykle podoba, ale stymulacje to rzecz w tym zawodzie niezastąpiona, a Malinowy Król stęchliznę niesie za sobą.
wtorek, 30 grudnia 2008
Banialuki z naprzeciwka
Być może kiedyś zapuka do moich
drzwi jej adwokat i z rozdziawioną gębą powie mi: PLAGIAT- albo
polubownie wykupi jej pani roczny zapas podwawelskiej w Krakowskim
Kredensie albo się pani nigdy z gówna nie wygrzebie. Jaki plagiat? Ja tylko rozpowszechniam.
Do rzeczy.
Kobieta z czwartego piętra vis a vis
mojego okienka zostawiła kiedyś otwartego laptopa z plikiem swoich
bazgrołów i grafomaństwa najwyższych lotów. Mam aparacik z
obiektywem high class super cosmic, więc
CYK i ku uciesze czytelników, tę
skromną twórczość tutaj publikuję, żebyście zobaczyli,
że nie tylko ja plotę androny.
W odcinkach, bo kto by to czytał
naraz.
Dziś zaprezentuję pierwszy i ostatni. Ma to swój sens, sąsiadka bowiem w tej klamrze kompozycyjnej(taka sprytna!) dokonuje swojego , no powiedzmy, expose.
Będzie ciężko.
Niepoparta żadnymi badaniami teza
jakoby widoczna dysproporcja w wielkości piersi danej kobiety wpływa
ożywczo na jej intelekt, na tyle pobudziła Matyldę, że nie była
już w stanie o niczym innym myśleć. Nie, wbrew pozorom Matylda nie była idiotką, takie absurdalne założenia mogą stać się prawdą, jeśli tylko percepcja nam na to pozwoli,a wiemy, że raczej pozwala.
Jeśli chcielibyśmy rozpowszechnić teorię, że długość kości
strzałkowej przekłada się ba połyskliwość włosów, to nie
martw się znajdziemy kogoś, kto Ci uwierzy, co więcej, nawet
podziękuję Ci, że wreszcie odkryłeś przed nim tę prawdę
objawioną.
Ktoś mógłby zadać pytanie, jakie to
ma znaczenie i w ogóle o czym mowa, ponieważ powyższe twierdzenia
nie są nawet głupie, one po prostu wieją nudą i nadają się
tylko do wyrzygania.
Nie za wcześnie jednak chcemy zwracać
tego, czego nawet nie nadgryźliśmy?
Trudno to inaczej określić jak
pospolitym bajdurzeniem, dlatego też nie obiecuję kokosów i
cymesików, mniam, mniam, to nie będzie restauracja, ani tym
bardziej bar mleczny. Nie znoszę biedalansu- im bardziej upaprana
ceratka, niemiła bufetowa, tym większe okrzyki niekłamanej
radości: "Ach, ci biedacy, to są naprawdę wolni". Ble.
(...)
Jeśli nie wierzysz, czytaj książki
katolickie, jeśli uważasz, że świat jest raczej nudny i denny,
nie wahaj się posłuchać soulu z domieszką dance- dużo miłości
i siatkówki plażowej.
Trzeba iść spać, bo jeszcze coś
strasznego się zaraz stanie, a Ty będziesz musiała to oglądać, a
potem pamiętać i wspominać. Nie warto. Dlatego też wszystkie dni
kasuje, nie widzę sensu w gromadzeniu informacji, życiowego
doświadczenia, bo to i tak dzieje się poza mną, dlatego też
experience to ja mam, ale nie wiem, kto je napisał i kiedy.
piątek, 01 sierpnia 2008
(wy)starczy
a jego imiona to Bartosz Bartłomiej,- rodzice nie mogli się zdecydować. 3 piętro, mój ulubieniec, nie znam większego skurczybyka na tej ulicy. Nie, nie bije swojej trzeciej konkubiny. Tak, wyprowadza psa na smyczy. Nie, nie ma wąsów i nie patrzy na mnie lubieżnie z okna. Problemu należy szukać gdzie indziej. Jako jurny prowincjonalny plejboj jest obiektem zainteresowań wszystkich dam i tych co strzyżą w pobliskim salonie vel zakładzie fryzjerskim, i tych co mamusie zamrażały w zamrażarce pieniądze na edukacje w wielkim mieście i tych, co mówią, że bęcwałów nie lubią. Co z tego, chłopak atrakcyjność widzi inaczej na zasadzie zmarszczka a nie lifting, proteza a nie zdrowa jędrna łydka. Bywa, chłopak szaleję za 70-letnimi paniami w przyciasnych beretach, ta seksualna wręcz fascynacja powinna skreślać go w oczach miejscowych ekpedientek, dziwek, zakonnic, urzędniczek, cukierniczek i gimnazjalistek.
(Nie)powinna.
|